piątek, 29 stycznia 2010

Maurycy fotografuje

Honorata i Michał w podłej, chińskiej knajpie - niemalże w samym Chinetown w SF.
Trzy godziny wybieraliśmy, gdzie zjemy. Zdaje się, że wybraliśmy najgorsze miejsce w mieście. Ale właścicielka nas niemal siłą wciągnęła, nie było wyjścia ;-)
Za to zdjęcie - moim zdaniem, pierwsza klasa!

piątek, 1 stycznia 2010

Święto dziękczynienia

Święto dziękczynienia spędziliśmy nad Lake Tahoe (http://en.wikipedia.org/wiki/Lake_Tahoe).

Jezioro jest całkiem spore - ma niemal 500 km2 powierzchni, a głebokość nawet 500 metrów. Otoczone jest zaś górami Sierra Nevada. Przełęcz, którą musieliśmy pokonać w drodze do Tahoe City, była położona wyżej niż Rysy :-)

Na wyjeździe przydały nam się czapki i szaliki, bo był śnieg!



Kolację mieliśmy bardzo wystawną:


A wieczorami graliśmy w gry planszowe.
Wycieczki były mocno utrudnione. Okazało się bowiem, że nawet w Kaliforni na niektórych drogach - między innymi na wszystkich drogach wokół Tahoe - wymagane są łańcuchy na koła.

Za to widzieliśmy niedźwiedzia. W południe. Przebiegł nam przed drogę i pobiegł między domy.

Nadrabiamy, nadrabiamy.

Pojechaliśmy z Mrysiem zbierać kamyki nad Pacyfik.
Wg przewodnika na plaży aż roi się od agatów.

Zaparkowaliśmy, przeszliśmy przez wydmy i...
i rozległ się straszny płacz.

Mrysiek, pomimo, że wodę uwielbia, że kocha fontanny, że ulubionym przedmiotem jest koło wodne, że buduje konstrukcje w zlewie, że zmywanie naczyń jest lepszą zabawą niż cokolwiek innego (lepsze nawet niż gry na komputerze), nie jest w stanie znieść
dużych zbiorników wodnych. Pacyfik i wielkie fale to było dla niego za dużo.

Próbowaliśmy go przekonać, ale płacz nie ustawał. Postawiony zaś na ziemię uciekał od razu za wydmy. Uspokoił się dopiero, gdy usłyszał, że wracamy do samochodu.