Dziś w kuchni Maurycy przyuważył obraną marchewkę.
Od razu porwał ją z blatu, i trzymając ją w ręku zaczął przekopywać szuflady.
Najpierw szufladę ze sztućcami - obejrzał łyżkę, widelec, miarki. Ale nic mu nie pasowało i wszystko odłożył z powrotem.
Potem zajrzał do drugiej szuflady, gdzie trzymamy różne przydasie. Obejrzał więc nożyczki, mieszadło, łyżkę wazową... za każdym razem kręcił głową i odkładał z powrotem. Wreszcie wyciągnął metalowe sitko. Przyjrzał mu się starannie i przytakująco skinął głową.
A potem usiadł i zaczął trzeć marchewkę na sitku.
Postanowiłam jednak trochę pomóc robieniu surówki:
- Maurycy, tarkę mamy w szafce - powiedziałam i wyciągnęłam tarkę.
Rzadko widzę na jego twarzy aż tak wielki zachwyt jak, dziś.
- Ahhh, tu jest!
Na tarce marchewkę trze się jednak łatwiej niż na sitku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz